pon, 06 stycznia 2014

Próba powrotu do biegania po kontuzji

Już nie tylko o bieganiu, ale zawsze z pasją. Blog Marcina Dybuka
Próba powrotu do biegania po kontuzji fot.Marcin Dybuk

Pół roku. Tyle czasu zajęła mi walka z kontuzją kolana. Teraz rozpoczynam najbardziej przemyślaną próbę powrotu do biegania. Będzie trwała 12 tygodni. Zaczynam tak, jakbym dopiero rozpoczynał przygodę z bieganiem. Wierzę, że teraz się uda. 10 czerwca 2013 roku. To wtedy przestałem regularnie biegać. Ból kolana sprawił, że zamiast na ścieżki poszedłem do lekarza. Ortopeda nie miał wątpliwości. Za często, za szybko, bez odpowiedniej regeneracji.

Efekt? Zwapnienie przyczepu mięśnia 4-głowego, rozmiękczenie rzepki, lekko pęknięta chrząstka i torbiel Bakera. Przeciążenie. Sześć tygodni rehabilitacji i odpoczynku. Po tym czasie powinno być dobrze – usłyszałem. Było. Dokładnie do szóstego tygodnia kiedy pojechałem z rodziną w góry i wybrałem się na spacer. 16 kilometrów dwa razy, dzień po dniu, i wszystko wróciło na stare tory. Odnowiona kontuzja. I już tak dobrze nie było.

 
Wizyta u dwóch kolejnych doktorów. Zastrzyki z kwasem hialuronowym, sterydy i porządne masowanie. Od listopada całkowita niemoc. Nie biegałem. 30 grudnia wizyta u trzeciego, podobno najlepszego ortopedy. Obejrzał wyniki badań: rezonans, rtg, usg, obmacał kolano i stwierdził, że wcześniejsza diagnoza była prawidłowa i nic więcej się nie dzieje. Czas postawić na rowerowy trening, aby wzmocnić czterogłowy i rozciąganie. Ponadto powoli zacząć wracać do biegania. Kolejna wizyta za trzy miesiące. Jeśli wtedy będzie źle to pozostanie już tylko jedno wyjście: artroskopia. – Ale nie sądzę – stwierdził z uśmiechem doktor.

 
Tak więc słowo się rzekło. Regularna jazda na rowerze po lasach i górkach daje ostro w kość. Kondycja podupadła. Nie szkodzi. Lubię to zmęczenie. Rozciąganie obowiązkowe i 12 tygodniowy plan powrotu do biegania. Skonsultowałem go z fizjoterapeutką.

- To ostrożny plan. Bardzo dobry. Jeśli go zrealizujesz będę w szoku – usłyszałem.
- ???
- Jest tak ostrożny, że wydaje mi się, że nie wytrzymasz i pociśniesz mocniej – wytłumaczyła.

Nie! To znaczy mam nadzieję, że nie. Choć muszę przyznać, że ostatnie pół roku rehabilitacji nauczyło mnie więcej, niż rok biegania. Zmądrzałem. Dowiedziałem się więcej o swoim ciele, możliwościach, granicach. Przekonam się czy będę potrafił wykorzystać tą wiedzę w ciągu najbliższych tygodni. Nadzieją jest moje zachowanie na rowerze. Po pół roku bezrobocia próbowałem wjechać pod jedną z górek. Niestety, na ostatnich metrach musiałem zeskoczyć z roweru. „Jak, ja nie dam rady? Przecież latem dawałem - pomyślałem. - Zjedź na dół i wracaj. Nie poddawaj się - podpowiadał rozum.” I tu wkroczyła mądrość. „Spokojnie zrobisz to za jakiś czas, przecież nigdzie się nie spieszysz. Dumę schowaj do kieszeni, a będziesz zdrowszy. Na wszystko jest czas”.

I tak też zrobiłem. Zresztą już dwa razy! Ale jestem z siebie dumny :). Jeszcze tylko trzy miesiące takiej postawy i będzie dobrze. Oczywiście później też będzie trzeba zachowywać się mądrze. Oby. Niestety, potrafię być bezmyślny.

A teraz czas na treningi „biegowe”. Dwa pierwsze tygodnie to 25 minutowe energiczne marsze. I tak co drugi dzień. W trzecim tygodniu minuta biegu, trzy minuty marszu powtórzone osiem razy. Co tydzień zwiększanie dystansu, aż dojdę do 20 minut biegu. Plan, który zdecydowałem się wprowadzić jest treningiem przygotowanym przez profesora Wojciecha Ratkowskiego, wykładowcę gdańskiego AWFiS, mistrza Polski w maratonie z 1984 roku. Znam kilka osób, które dzięki niemu zaczęły przygodę z bieganiem. I ciągle to robią. W przeciwieństwie do mnie, który się zagotował i chciał nadgonić 20 lat straconych na siedzeniu za biurkiem i sporadycznym uprawianiu sportu. Teraz czas na rehabilitację i posłuchanie Wojtka.

7 stycznia 2014 roku. Pierwszy raz od prawie 9 tygodni zakładam buty sportowe. Wychodzę na energiczny spacer z psem. Jest ciepło jak na tę porę roku. Przyjemnie. Idę. Nic nie boli. Po 25 minutach, zgodnie z rozpiską wracam do domu. "Przebiegłem" 2,66 km. Czas na rozciąganie. Następny marsz za dwa dni. I tak do 1 kwietnia. O rany! Wychodzi, że w Prima aprilis powinienem biec przez 20 minut. Mam nadzieję, że to nie będzie żart i się uda.

Marcin Dybuk

Cenię sobie spotkanie z drugim człowiekiem. Szczególnie kulturalnym. Zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Doceniam ludzi, którzy łączą pracę z pasją.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież